Dawno nic nie pisałam, tzn pisałam, ale same mądre rzeczy do mojej pracki laboratoryjnej HOHO ale dziś MUSZĘ tutaj coś naskrobać.
Kurcze, zastanawialiście się kiedyś ile jest podczas życiowej gehenny chwil, które totalnie odejmują mowę i których nie da się objąć rozumem w żaden sposób?
Dzisiaj, szukając w pokojowym burdelu jakiejś pierdoły, niechcący odkopałam płytę o której istnieniu totalnie zapomniałam na parę ładnych lat.
Zapodałam ją sobie i jak usłyszałam pierwsze nuty to momentalnie uderzyłam w ryk.
DLACZEGÓŻ TO UDERZYŁAM W RYK ODNAJDUJĄC PŁYTĘ?
Usiądźcie sobie wygodnie i posłuchajcie opowieści o tym, jak dobro zwycięża zło...EEE to nie ta historia, soreczki :*
Płyta, porysowana już jak siemasz, trafiła w moje łapy prawie 3 lata temu.
Z moją mega frend jechałyśmy sobie stopem do Wiednia celebrować majóweczkę.
Droga nam nie szła, typo który miał nam pomóc, wysadził nas w burdelowym centrum Katowic :
wyobraźcie sobie, że jesteście w jakimś mieście pierwszy raz, zapada zmrok, a Wy PRZYPADKIEM lądujecie na opuszczonym parkingu, na którym urzęduje miliard pań prostytutek które patrzą na Was i kminią zapewne o chuj chodzi i dlaczego wkraczacie na ich terytorium. Załamka, nie ma co, ale w takich chwilach jako zaprzysiężony ateista wyciąga się różaniec, który babcia wciska na każdą trasę stopową i zaczyna się modlić bo już nie wie się co robić, a jak trwoga to do Boga, wiadomix :)
Modlitwa modlitwą, ale dupę ruszyć trzeba ( panie prostytutki już ruszają, junołłotajmin), więc łapiemy sobie dalej z Anią stopa w środku czarnej jak dupa nocy/nocy czarnej jak dupa. Po miliardach lat uświetnionych występami świra, w końcu ruszamy dalej. Pan tirowiec, o 12 w nocy wysadza nas gdzieś w środku niczego, będącego ponoć trasą na Cieszyn. Po krótkich pertraktacjach, stwierdzamy, że nie ma co kimać w krzaczorach przy środku drogi i że trzeba walczyć dalej. O 1, zatrzymuje się pan Mirko, wracający z Wadowic do Chorwacji, skąd jego ród wywiedzion jest. Jedziemy sobie samochodzikiem, Ania siedzi z tyłu, a ja i Mirko łamanym polsko - czesko - chorwackim gadamy sobie o życiu. PS: ROZMOWY O ŻYCIU PROWADZONE W WIELU JĘZYKACH NARAZ I BEZ NARKOTYKÓW SĄ NAJLEPSZE, POLECAM.
Nie ma życia bez muzyczki, więc pan Mirko pyta mnie, czego słucham.
Of kors wiadomo że jak Bałkany to Bregović, ale ta odpowiedź go nie satysfakcjonuje i stwierdza, że mista Goran się zeszmacił i że muszę koniecznie i natentychmiast posłuchać srpskiej narodnej muziki.
Słuchamy sobie, słuchamy i jakoś specjalnie nie czuję, żeby moje serce rozpływało się na polecane przez Mirasa dźwięki. Do czasu...
Po jakimś czasie, zaczyna lecieć z płytsona piosenka, która jest jakaś ... dziwna. Nic nie kumam, ale czuję, że cholera, skądś te dźwięki znam. No ale niby skąd? SRPSKA NARODNA MUZIKA, WTF?
Numer przeleciał pierwszy raz i zostawił mnie z dziwnym mętlikiem w bańce, więc zwracam się z uprzejmą prośbą do Mirasa żeby zapodał jeszcze raz. Jedziemy sobie w środku nocy przez Czechy, a ja jestem totalnie wyałtowana z rzeczywistości i wiem, że ten numer jest mega ważny i że w sumie, cholera, znałam go od zawsze. Wiecie, to tak jak z astralnymi braciakami i siostrami - spotykacie ludzi, których widzicie pierwszy raz w żyźni, ale po kilku zdaniach jesteście pewni, że znacie ich od zawsze ;)
Proszę Mirasa żeby puścił jeszcze raz i jeszcze jeden i znowu...Czuję, że zaczyna przewalać mi się w bebechach i że zaraz coś się stanie. Dzieje się - łzy zaczynają ze mnie lecieć jakbym była kranem łzowym a nie 20letnią wówczas Karolą. Kitram się z tym wyciem i udaję że mam nagły atak kataru, ale Miras już się skapnął i pyta, czy czaję coś z tego numeru.
Ja, zapuchnięta już na maksa, odpowiadam że "nieeee, ale on jeeest taaaki piękny < smark >, przecież ja to znam".
Miras wpada w brechtę i tłumaczy mi, że numer, który mnie właśnie emocjonalnie rozjebuje, to tradycyjna serbska piosenka, katowana na weselach. Serbscy panowie piją sobie przy niej rakijkę, tłuką kielony i właśnie PŁACZĄ JAK ZJEBANI.
Chorwat początkowo ma mega bekę, ale potem patrzy na mnie i mówi "Karolina, Ty w poprzednim wcieleniu byłaś serbskim facetem, masz to w sercu. Trzymaj płytę."
Patrzę na kimającą Anię, na rudego chorwackiego Mirasa i na swój zapuchnięty od wycia ryj i czuję się jakbym przemierzała na syntezatorze równoległe wszechświaty.
Nie wierzę w reinkarnację ani w żadne inne powroty po śmierci ( jak nawinął Fokus - "bo to fizyka a nie metafizyka, meta to koniec" ) i of kors nie wierzę nawet w jednym promilu w to, żebym serio była serbskim menem kiedyś, ale tak czy srak, tamtych emocji - wywołanych piosenką, której nie miałam prawa nigdy w życiu wcześniej słyszeć, nie zapomnę nigdy. Cholera wie, może istnieje jakaś ogólnoludzka świadomość, dzięki której emocje innych trafiają do nas, na chwilę przewracając nasze normalne życie do góry nogami ? Filozofka ze mnie żadna, soreczki :*
Do Serbii trafiłam dopiero w ostatnie wakacje i cholera, miłość jest, ale nie aż taka, jakiej się spodziewałam.
Do tej pory nie przetłumaczyłam dokładnie lyriksów pieśni, nie chcę się rozczarować że to jakieś ichsze "Rozłóż nóżki" czy coś tam, w tym wypadku wolę pozostać w nieświadomości :)
Obczajcie sobie numer ŻYCIA, proszę się tylko nie brechtać ( ile ja się go kurwa naszukałam ...) :
I proszę sobie obadać, jeśli tylko chcecie, także mój drugi ukochany utwór z magicznej - płyty - przenoszącej - do -poprzednich żywotów, indżoj :
Mirasa nie spotkałam już nigdy więcej, ale jestem zajebiście wdzięczna niebiosom, że na te kilkadziesiąt kilosów pojawił się moim życiu i niechcący zafundował TAKIE PRZEŻYCIE. Miras brahu, wiem że tego nie czytasz, ale i tak wysyłam miłość w Twoją stronę !
Pysiaczki, bądźcie dobrzy i miejcie oczy i uszy szeroko otwarte, na to co się dzieje dookoła Was. Możecie przypadkiem dowiedzieć się że byliście, no nie wiem, rosyjskim kułakiem albo japońską wróżką czy kimś tam.
HITCH - HAKE THE WORLD!!! LOVE plus parę foć z Serbii, polecam obczaić ten kraj bo Serbowie są niesamowici <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz